Dominika Daszewska – wernisaż malarstwa
Z wieloaspektowym charakterem Dominiki wspaniale komponuje się jej malarstwo. Żywe, kontrastowo zestawiane barwy można by porównać z siłą jej naturalnej, wizjonerskiej ekspresji. „Nie lubię mdłości”, przyznaje, a następnie z zaangażowaniem maluje swój wewnętrzny pejzaż, którego dominantą jest pragnienie poświadczenia o tym, że rzeczywistość nie jest zbiorem nudnych konwencji. Przeciwnie, w swym surrealistycznym aspekcie stanowi według niej niekończące się źródło inspiracji. Sztuka jest dla niej realną płaszczyzną wyrażania siebie i ukazywania prawdziwego, często ukrytego oblicza drugiego człowieka. Dyplomowana artystka, tworząc bazuje na głębokiej wiedzy z historii sztuki, czerpiąc jednocześnie z rodzinnej tradycji artystycznej. Matka, Barbara Popielarczyk maluje i tka gobeliny, dziadek był wielowymiarowym artystą o szalonej ekspresji. Twórcza, niekonwencjonalna, nie potrafi oddzielić siebie od malarstwa. Jednocześnie zapytana o sens życia odpowiada bez wahania, że jest nim jej synek. Niezwykle empatyczna i przyjacielska nie kryje emocji wierząc, że otwarty, uczuciowy człowiek jest prawdziwie szczery. O członkach stowarzyszenia Splot Słoneczny, które założyła i któremu nadała nazwę, mówi z nieskrywanym uznaniem i entuzjazmem. Należy do tych szczęśliwych artystów, którzy posiedli więcej niż jedną formę wyrażania. Pisze bowiem również przenikliwe i sugestywne formy eseistyczne, dotyczące relacji międzyludzkich.
Jak ważną inspiracją są dla Ciebie ludzkie twarze? Czy portret jest Twoją ulubioną formą wyrażania?
D: Tak. W twarzy jest coś magicznego. Jest według mnie najbardziej interesującą częścią ciała. Staram się odsłaniać to, czego na pozór nie widać: indywidualne piękno, które można wydobyć z człowieka. Poszczególne elementy twarzy maluję tak, aby dodatkowo wzmacniały prawdziwy wizerunek człowieka. Każdy jest wyjątkowy, także próbuję odnaleźć historię danej osoby.
W jakim stopniu szkoła ukształtowała Ciebie jako artystkę?
D: W Europejskiej Akademii Sztuk zdecydowanie miałam poczucie, że mogę iść swoją drogą, a profesorowie uczą mnie podstaw, które powinno się mieć, żeby czuć się w pełni profesjonalnym malarzem. Mój pomysł na dyplom był dość kontrowersyjny – wykonałam mocno powiększone portrety, co było ryzykowne ze względu na to, że można było pogubić proporcje. Zostałam przy swoim pomyśle i udało mi się go zrealizować.
Czy dosyć wcześnie poczułaś, że malarstwo przynosi Ci wielką satysfakcję? Pochodzisz z artystycznej rodziny, a Twój dziadek, Władysław Popielarczyk, był znanym malarzem.
D: Zawsze gdy uczestniczyłam w spotkaniach z dziadkiem, odczuwałam wyjątkowy klimat: artystyczny, magiczny, tajemniczy. Wciągał mnie bez reszty, fascynował. Za każdym razem, gdy pojawiałam się w jego pracowni, w plenerze, na działce miałam poczucie, że obcuję z czymś absolutnie wyjątkowym. Do świata sztuki zostałam wprowadzona naturalnie i przyjęłam go jako swój. Później przełożyłam to na swoją twórczość.
Zatem wszystkie Twoje życiowe wybory zmierzały ku temu, aby wyrażać siebie poprzez sztukę?
D: Tak. Pewna wolność myślenia zawsze była dla mnie niezbędna. Moje poszukiwania środków wyrazu nie ograniczały się z resztą do jednej dziedziny sztuki. W malarstwie cenię intensywność: czasami niewiele dzieje się w tle, natomiast sama twarz wyraża wiele różnych, kontrastowych emocji – może czasem warto powiedzieć mniej, ale ja zawsze mam poczucie, że coś wymaga jeszcze dopowiedzenia.
Jak długo pracujesz nad każdym z obrazów?
D: Jeżeli maluje obraz dla kogoś ustalam sobie termin. Staram się dopracować zamówiony portret tak, aby dana osoba była zadowolona. W tym momencie nie mam absolutnej swobody. Z drugiej strony portret potrzebuje wolności wypowiedzi. Nie posiadam patentu na portret, który zawsze się sprawdza tak, jak Wyspiański, Witkacy czy Boznańska. W każdej twarzy szukam zawsze czegoś nowego. Do pomysłu na portret dostosowuje jeszcze tło, fakturę. Czas powstawania każdego obrazu płynie swoim tempem, trudno go określić.
Każdy Twój obraz stanowi dla Ciebie zupełnie nową podróż?
D: Tak. Nie chcę się powtarzać. Ostatnio zaczęłam malować zupełnie inaczej, mam wrażenie, że trochę zwróciłam się ku secesji. Zainteresował mnie gruby, czarny kontur, zdecydowana siła koloru, wyrazistość. Sztuka surrealistyczna również bardzo mnie pociąga. Wyspiański, Młoda Polska, romantyzm, ale też kubizm, fowizm, poszukiwania związane z kolorem, Gauguin. Stąd pochodzą moje inspiracje. Ciekawie jest pracować w jednym kolorze i tylko w jego zakresie dokonywać poszukiwań. Coś w nas otwiera się wtedy, możemy przełamywać własne bariery. Nie można dać się zamknąć na etapie tego, co powszechnie wiemy o wyglądzie świata. Bylibyśmy już tylko odtwórcami, kopiującymi rzeczywistość. Chodzi zaś o indywidualne poszukiwania.
Opowiedz o swoim wernisażu, który odbędzie się 20 listopada w Zaklętych Rewirach.
D: Znajdzie się na nim wybór prac, które powstawały od kilku lat. To jest pierwsza autorska wystawa przeglądowa mojego malarstwa. Jest tam trochę obrazów surrealistycznych, trochę portretów. Moje obrazy prezentują mój wewnętrzny świat. Jest kilka motywów, które mnie inspirują w samej twarzy, np. oczy. To może być również forma zaskoczenia, np. ucięta twarz ukazana fragmentarycznie.
Tak, aby emanowała prawdziwa osobowość portretowanego?
D: Bardziej chodzi o to, żeby oddać ekspresję pewnego wyrazu istoty człowieka, np. namiętność, pożądanie, pasję. Nie lubię mdłości. Bardzo chętnie używam kontrastu. Jeżeli mam pełną swobodę wypowiedzi, elementy portretu zestawiam w sposób, jakiego odbiorca raczej nie spodziewa się. Staram się szukać czegoś innego tak, żeby sprowokować do myślenia, pytań, odkryć. Nie chodzi mi o to, żeby ktoś powiedział – „O, jaki ładny obraz namalowałaś”. Ponieważ nie jest najistotniejsze to, aby obraz był „ładny”, tylko żeby żył swoim życiem. Obraz jest dzieckiem tego, kto go namalował. To dziecko musi: być „żywe”, czegoś chcieć, coś stłuc, gdzieś uciec, stawiać na swoim. Ja właściwie daje mu sobą kierować. Chodzi o czyste wyrażenie emocji.
Jakiej muzyki posłuchamy podczas wernisażu?
D: Grać będzie Luka Hołuj z zespołem terenNowy. Człowiek nadzwyczaj skromny. Maluje przepiękne obrazy, zajmuje się instrumentami: buduje je i konstruuje, gra na didgeridoo. Skromność niewspółmierna z tym, co potrafi i co sobą reprezentuje. Muzyka improwizowana, emocjonalna, stwarzająca ciepły klimat; mam wrażenie, że rozprzestrzenia się jak nieboskłon. Zaklęte Rewiry mieszczą się tuż obok kina Iluzjon. Kiedyś pokazywano tam stare filmy. To miejsce ma w sobie duszę.
Co jest sensem i motorem Twojego życia?
D: W tej chwili na pewno moje dziecko. Nie żyję już tylko dla siebie, a sens mojego życia wzmógł się wielokrotnie. Żyję dla kogoś, kogo zawsze będę kochać bezwarunkowo, to jest przepiękne uczucie. To największe dzieło sztuki…
Twój najpiękniejszy obraz.
D: (śmiech)
Myślisz, że będzie artystą?
D: Możliwe, ma poczucie rytmu, lubi kredki. Kiedyś wziął kredkę pastelową i domalował coś ciekawego do mojego obrazu. Ale zazwyczaj każe sobie malować samochody. Nie maluję go na razie, ponieważ za bardzo się wierci.
Wolisz malować, mając przed sobą portretowanego?
D: Wolę. Choć często maluję z fotografii, jeśli ktoś prosi mnie o obraz. Wtedy ja proszę o przynajmniej kilka zdjęć, żebym miała możliwość przyjrzenia się mimice, układowi ciała, sposobowi ułożenia i trzymania głowy – to ma kolosalne znaczenie. Twarz nie jest płaską powierzchnią. Oczy są jej wyjątkowym elementem.
Porównałaś obrazy do dzieci. Zazwyczaj każde swoje dziecko kocha się taką samą miłością, ale czy masz może jakieś ulubione obrazy? Ponieważ powstały np. w wyjątkowym momencie Twego życia?
D: Myślę, że siła uczuć względem obrazów, w które wkładam serce jest taka sama, choć każdy jest czymś zupełnie innym. Cały czas jest coś do odkrycia: w portrecie, w poszukiwaniu zestawień kolorów, w fakturze. Może nie zawsze jest to widoczne, ale ja mam wewnętrzne przekonanie, że podążam w tym samym kierunku, drążąc coraz głębiej. Każdy następny obraz jest kolejnym kawałkiem tego, co już powstało. Dziecko rośnie…
Portret przedstawiający pocałunek jest zastanawiający…
D: Jak wiemy twarz nie ma koloru morskiego, ale to nie jest istotne. Doskonale przecież wiemy, jak wygląda w rzeczywistości. Tu zaś chodziło o uchwycenie tego, co dzieje się między wargami dwóch osób. Na tym obrazie kobieta daje coś mężczyźnie, a on to przyjmuje. Chodzi o coś, co jest archetypiczne między kobietą a mężczyzną, o siłę przyciągania.
Czy pamiętasz takie momenty w Twoim życiu, gdy malarstwo pochłaniało Cię zupełnie, dostarczając Ci wszystkich emocji?
D: Ono zawsze dostarcza mi wiele emocji. Tak naprawdę, ja czuję się kompletna tylko wówczas, gdy maluję.
Jaka tajemnica, Twoim zdaniem, kryje się w zagadnieniu odbioru poszczególnego dzieła?
D: Związane jest to z tym, czy przyjmujemy dane dzieło jako „swoje”, czy się z nim zgadzamy. Albo jesteśmy gotowi, by otworzyć się na coś, albo po prostu stwierdzamy, że coś nie podoba się nam. Trudno to wytłumaczyć. Coś może poruszyć, dotykając takich warstw w nas, że sami nie jesteśmy w stanie tego wyrazić.
Czy poszczególne etapy w Twoim życiu, otwierają Ci kolejne fazy Twojego życia artystycznego?
D: Malarstwo jest dla mnie czymś naturalnym. Rozprzestrzenia się, wpływając na moje relacje z ludźmi i na moje decyzje. Świat sztuki w jakiś sposób zmienia mnie wobec świata zewnętrznego.
Czy to, co powstaje pod Twoimi rękoma tworzone jest przez Ciebie na bieżąco, na bazie tego, co przeżywasz?
D: Tak. Jednocześnie wiąże się to z jakimś procesem, z tym, że zaczynam rozumieć pewne rzeczy, jestem coraz dojrzalsza. Każdy z tych obrazów jest kolejnym krokiem do przodu, nawet jeśli jest mniej udany. Czasami błędy wiele nas uczą. Natomiast nagroda może niekiedy uśpić.
Dominiko, wymyśliłaś nazwę dla stowarzyszenia.
D: Tak. Było kilka propozycji. Prawdopodobnie energia, którą czuło się od samego początku była na tyle silna, że musiała skumulować się właśnie blisko serca. Stowarzyszenie Splot Słoneczny to wielki organizm. Gdybym miała odnaleźć się w nim, wybrałabym serce. Życie stowarzyszenia wiąże się dla mnie z dużymi emocjami. Mamy swoje środowisko artystyczne, w którym się rozumiemy i wspieramy.
Opowiedz o początkach Splotu.
D: Pewnego razu spotkałam Zbyszka Bieniaka. Zaczęliśmy bardzo sympatyczną konwersację i złapaliśmy fajny kontakt. Doszliśmy do wniosku, że trzeba zrobić coś ze wspólną energią. Zbyszek śpiewa i gra w zespole, kręci filmy i ma głowę pełną pomysłów. Później pojawił się Marcin Grzegorczyk, który chciał pomagać artystom oraz Przemek Głowacz, filmowiec. Tak naprawdę, to ci trzej wspaniali panowie okazali się zarzewiem całości. Energia zaczęła się nagle kumulować, ściągając innych. Mamy to poczucie, że każdy z nas w swoim skupieniu coś robi, a jednocześnie możemy sobie pomóc w każdej sytuacji.
Tekst: Joanna Ciesielska
AHA